środa, 20 stycznia 2010
co dalej?
wtorek, 19 stycznia 2010
Easy Rider
Wybaczcie dłuższe milczenie,ale właśnie zjechaliśmy z gór,bogatsi o wiele doświadczeń,z którymi chcemy się z Wami podzielić.
Po pierwsze:odkrywanie północy kraju należy rozpocząć od Chiang Mai, uroczego miasta położonego u stoku góry, słynącego z olbrzymiej liczby świątyń(ponad 300), mekki new age`owców,maniaków zdrowej żywności,jednym słowem idealne miejsce na wypoczynek dla guru sekty. W podobnym klimacie jest miasteczko Pai,pełno tu białych twarzy, które porzuciły dawne zachodnie życie,by produkować organiczny dżem na przykład:)
Po drugie:koniecznie trzeba przejechać się lokalnym autobusem. Uwaga-tylko dla ludzi o stalowych nerwach!Trasa wije się serpentynami na wysokości ponad tysiąc metrów nad poziomem morza,można zzielenieć z wrażenia. My mieliśmy jeszcze to szczęście,że autobus wypełnił się nagle dymem płonących przewodów, skutecznie wypłaszając lokalne babeczki obwieszone swoją latoroślą. Do końca trasy pozostały już w blokach startowych. Ich ucieczka nie przeraziła nas tak bardzo, jak pełna napięcia twarz kierowcy. Bilet kosztował nas 50 B, wrażenia-bezcenne.
Po trzecie:jeśli już się wybierać w góry,to tylko na dwóch kółkach. My wypożyczyliśmy sobie motorek, spakowaliśmy się w małe plecaczki, i ruszyliśmy w pięciodniową wycieczkę po okolicznych wioskach. Tylko taka opcja daje pełną swobodę i wolność wyboru,gdzie chcesz się udać. Ponieważ stan wypożyczanego tu sprzętu pozostawia wiele do życzenia, nie obyło się bez przygód. Któż by bowiem przypuszczał,że pozostawiony w stacyjce kluczyk wypadnie podczas jazdy. Dopiero po fakcie oświeciło nas, do czego służył zielony sznureczek przywiązany do kluczyka. Gdyby nie miejscowe szemrane chłopaki, które pokazały nam,jak uruchomić (ukraść) motorek na styk kabelków, utknęlibyśmy na noc w czarnej,głębokiej d... dżungli.
Po czwarte: lokalsi to też ludzie(niektórzy niestety o tym zapominają).Po drodze napotkaliśmy wiele wiosek lokalnych górali, którzy różnią się etnicznie od reszty mieszkańców Tajlandii. Bliskość granicy z Birmą i Chinami zaowocowała wioskami uciekinierów przed reżimem. Ta mieszanka kulturowa sprawiła, że na niewielkiej stosunkowo powierzchni mieszka wiele plemion, różniących się między sobą zwyczajami i sposobem życia. Trzeba znać kilka podstawowych zasad,jak należy się zachować-czyli jak na przykład widzimy znak tabu przed wioską, to do niej nie wchodzimy,a jeśli nie mamy innego wybory,przejeżdżamy przez nią jak najszybciej,by nikogo nie urazić. Oczywiście pełno tu przebranych w ludowe stroje miłośników folkloru, oferujących swoje towarzystwo na zdjęciu za opłatą, nikt jednak nie przebije białego misia z Zakopanego,więc grzecznie za taką usługę dziękowaliśmy. Wolimy puszczać z dzieciakami latawce, czy odkrzykiwać biegnącej za motorkiem gromadzie pozdrawiającej nas chóralnym „good morning teacher!!!”(nauczyciele w Tajlandii,weźcie się do roboty!) .Wioski kobiet z długimi szyjami nie odwiedziliśmy-ludzkiemu safari mówimy zdecydowanie nie.
Po piąte:trzeba to miejsce koniecznie zobaczyć i już!Chociaż tyłki bolą nas nieludzko od niewygodnego siedzenia na motorku, łezka w oku się kręci,gdy przeglądamy zdjęcia,by wybrać któreś na bloga.
wtorek, 12 stycznia 2010
Imperium Buddy
Ayutthaya i Sukhothai to dwa miasta,które w historii Tajlandii odegrały znaczące role.Obydwa były niegdyś stolicami podległego Khmerom imperium, które rozciągało się na terytorium dzisiejszego państwa Tajów. Przez wieki rywalizowały ze sobą, dziś niewiele się różnią.Może tylko tym, że pierwsze jest ciągle żywym miastem, gdzie ludzie i współczesne życie funkcjonują obok historycznych ruin, drugie tylko martwym skansenem.
niedziela, 10 stycznia 2010
jedzeni żywcem
sobota, 9 stycznia 2010
Biały kruk
niedziela, 3 stycznia 2010
Każdy ma takiego Borata,na jakiego go stać
Podczas zwiedzania Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku, obowiązkowego punktu w programie każdego „turysty”, pocztówki z Tajlandii w realu, w tłumie rozwrzeszczanych amerykańskich,niemieckich i rosyjskich żądnych zdjęć wariatów, udało mi się wyhaczyć niezłego kwiatka. Chłopak skromny, jakby lekko zagubiony, tak różny od całej reszty - od razu wzbudził moją sympatie:) Chociaż niewiadomego pochodzenia (kazał nazywać się z amerykańskiego Andy), znał parę słów po polsku: „jak się masz?” na przykład. Brakowało mu też trochę ogłady, wszystkie dziewczyny (mnie również niestety) zaczepiał tekstem : „How much?”(hmmm, w sumie w Tajlandii nie uchodzi to wcale za taki nietakt). Zwiedzanie upłynęło mi w jego towarzystwie miło, wesoło i bezboleśnie. Na końcu spiliśmy zimnego bronka i wymieniliśmy się adresami. Już za nim tęsknię.
sobota, 2 stycznia 2010
Bliższe spotaknie trzeciego stopnia
Jako ludzie lasu,znowu wróciliśmy na znane nam łono.Mieliśmy przyjemność zrobić 15 km treking po dżungli należącej do Parku Narodowego Khao Sok.Pot wyciskany z koszulek(dosłownie wyżymaliśmy je jak pranie),odciski na stopach,ale też frajda,kąpiel w wodospadach i spotkanie z waranem(leniwy skurczybyk wylegiwał się na ciepłym kamieniu) i wężem.Wszystko rozumiemy,ale dlaczego na pierwszy ogień poszła kobra królewska(olbrzymi,2 metrowy wąż,gruby jak ramie Andrzeja-kazał mi użyć tego porównania,hehe).Nie musimy chyba dodawać,że spotkanie nie należało do najprzyjemniejszych.Na szczęście druga strona na bliższy kontakt też nie miała ochoty.Święcie wierzymy,że odstraszył ją zapach naszych koszulek.Dlatego od tego czasu jeszcze się nie myliśmy.Wiecie, strzeżonego....
